Głos Siemiatycz On Line - Archiwum,


Wybrane artykuły z poprzednich wydań dotyczące gminy Nurzec Stacja


Klukowicze, Wyczółki - "Nie ma tutaj wesołości:"

Wsie Klukowicze i Wyczółki w gminie Nurzec Stacja łączy kawałek niestarannie wykonanej drogi asfaltowej. W pierwszej wsi życie jakby straciło blask, nie widać młodych twarzy. Na ławkach siedzą starsze osoby. Przed jednym domem spotykam trzy panie pogrążone w rozmowie. Nina Jakociuk pyta mnie, co robiłem w zamkniętej wiejskiej szkole.

Kluk.jpg (25304 bytes)

- To nasza szkoła, nasza rodzinna. Nie wiemy, co z nią będzie. - Teraz we wsi nie ma wesołości - dodaje Irena Omelczuk - jest smutno, nie ma młodzieży tak jak kiedyś.

- Zostało nam tylko siedzenie na ławce - śmieje się pani Nina - i chodzenie do lekarza. Na szczęście przyjeżdża do nas z Nurca. Z zakupami nie ma kłopotu, aby pieniądze były. A nam rząd obiecuje, i na pewno znów tylko parę groszy dołożą. Zawsze coś przed wyborami obiecują. O! Patrzy pan na ten kawałek asfaltu. Przed wyborami przyjeżdżała pani wójt, obiecywała dobrą drogę, przyjechali, wyleli pięć metrów, byle jak. I zapomniała. Tak to już jest. Zrobi nam pan zdjęcie? No, chodźcie baby, co się boicie!

Przy wjeździe do Wyczółek tuż przy przystanku stan drogi jest fatalny. Ten kto układał bruk, musiał chyba najpierw wypić dużą ilość miejscowej okowity. Temat wyborów przewija się w  wypowiedzi jednego z mieszkańców. 

- Ja od urodzenia jestem Aleksander Nikiforuk, a to tak jest od 76 lat. Widzi pan, przed wyborami asfalt miał być do przystanku, ona robiła (pani wójt) i nic nie zrobiła. Ja teraz jestem rencista, ale kiedyś byłem pierwszym gospodarzem. Teraz słabo się żyje, jak to nad granicą. Jak w przysłowiu: "popierajcie partię czynem, umierajcie przed terminem". Ale, że pan do nas zajechał, no to może coś się ruszy? Czy marzenia mieszkańców Klukowicz i Wyczółek, o tym, że śmiech powróci do ich wsi, się spełnią? Wszyscy żyją tą nadzieją.JP  fot. JP 


Siemichocze - Belgia nas trzyma przy życiu

Prawie wszyscy brukselczycy słyszeli o Siemiatyczach. Nawet niektórzy wymieniają nasze miasto jako stolicę Polski. Od pewnego czasu Belgowie zaczynają mówić o innej polskiej miejscowości. O Siemichoczach. Na dzisiejszy dzień w Belgii pracuje kilkudziesięciu mieszkańców tej wsi. Ci, którzy pozostali w Siemichoczach, również żyją dzięki Belgii.

Siemicho.jpg (31234 bytes)

Jeżdżą na zamianę

Z mieszkańcami Siemichocz rozmawiamy przy sklepie. Jest tam kilku mężczyzn. Najbardziej rozmowny jest pan Anatol Wiktoruk. - Nawet połowa Siemichocz w Belgii siedzi - mówi Wiktoruk - To się zaczęło na początku lat 90. Teraz co drugiego rodzic albo syn tam pracuje. Najczęściej na zamianę jeżdżą. Tak, jak moja żona. Żeby nie ta Belgia, to nie dałoby się tutaj żyć. Tam jakieś pieniądze się zarobi i w ten sposób starcza na przeżycie tam, no i tutaj część przysyłają. I tak żyjemy. - Najwcześniej to chyba pojechała moja siostra. Samolotem poleciała wtedy. Sam ją odwoziłem na Okęcie. Jeszcze wtedy wizy były - dodaje.

Wszyscy czekają na przesyłki

Pan Anatol mówi, że jakby wszystkich z Siemichocz pracujących teraz w Belgii zebrać do kupy, to nazbierałby się prawie cały autokar. - Co piątek - mówi - jak autobus z Siemiatycz do Brukseli odjeżdża, to stąd rano samochody jadą na PKS do Siemiatycz. I to samo w poniedziałek. Po przesyłki. Pan Anatol ma na utrzymaniu troje dzieci. Nadal czuje się rolnikiem.  - Wcześniej z gospodarstwa jakoś dało się utrzymać - wspomina - A teraz? Tylko ta Belgia nas trzyma. Pracy nie ma. Jak za Stalina. Żeby żona pieniędzy nie przysyłała, to nie wiem, co by było. Ja tak samo jak inni. Tylko poniedziałku czekam. Jak autobus przyjedzie i jakaś przesyłka będzie. Nie ma co ukrywać, na euro czekam, żeby obrobić moje 13 hektarów, bo najwięcej idzie na ropę.

Nie tylko żona przysyła

Naszej rozmowie przysłuchują się pozostali pod sklepem. Każdy wychylił już kilka butelek złotego trunku z pianką. - Duży udział w moim bycie ma pan Małczuk - mówi pan Anatol i wskazuje na mężczyznę obok - On twierdzi, że żyje dzięki mnie, bo ja mu pomagam, ziemię obrabiam. Za to on mi swoją rentę oddaje. Ale ja mówię, że to ja żyję dzięki niemu, bo to przecież on mi płaci. Pan Małczuk kiwa głową, co oznacza, że jest podobnego zdania, jak nasz rozmówca. - Zgadza się. Płacę jak rodzonemu synowi - dodaje pan Małczuk, 79-letni mieszkaniec Siemichocz. 

Wniosek jest jeden

- Ja trzy razy byłem w Belgii - kontynuuje Anatol Wiktoruk - Byłem, popatrzyłem i wyciągnąłem z tego jeden wniosek. Jak bym u siebie tak ogródek pielił, jak bym u siebie w domu tak robił, jak nasi tam robią, to by u mnie żadnej trawki na podwórku nie było. - A na czarne dzielnice ty chodził? - wtrąca się do rozmowy pan Małczuk. Po czym i pozostali, również słyszący nasz dialog, wybuchają gromkim śmiechem. - Tam jest wybór - dodaje pan Małczuk. Chodziło im o słynne "okienka".

Dzięki Belgii żyje się lepiej

- Poziom naszych mieszkańców podwyższył się. To widać. Jest kilka ładnych domów, sporo samochodów. Większość żyje na dosyć wysokim poziomie - wspólnie stwierdzają mężczyźni.         - Dzięki Belgii niewątpliwie żyje się lepiej. Ale rozłąka z żoną jest. To dużo kosztuje. Wolałbym, żeby i żona była przy dzieciach i praca - dodaje na zakończenie pan Wiktoruk.

 To już 10 lat

Sołtys Siemichocz, Irena Popławska, potwierdza słowa pana Wiktoruka. Mówi, że te eskapady trwają już dobre 10 lat. Z tym, że liczba pracujących w Belgii, to może kilkanaście osób. Ale jak by tak usiąść i na spokojnie dobrze policzyć, to pewnie będzie więcej. CK, fot. CK


Nurzec Stacja  Posterunek w terenie

Już ponad rok funkcjonują posterunki policji w terenie. Przypominamy, że w powiecie siemiatyckim placówki takie zostały utworzone w Dziadkowicach, Nurcu Stacji, Drohiczynie i Grodzisku. W jednym z ubiegłorocznych numerów pisaliśmy o posterunku w Dziadkowicach. Teraz prezentujemy posterunek policji w Nurcu Stacji. Rozmawiamy z kierownikiem asp. Antonim Brzezińskim.

- Posterunek funkcjonuje już ponad rok. Czy dogłębnie poznaliście środowisko?

asp.Antoni Brzeziński

- Kilku policjantów, którzy obecnie tworzą naszą kadrę, pracowali na tym terenie jako dzielnicowi. Z tego względu znają ten teren i to środowisko. Pozostali wdrażają się. Myślę, że z dobrym skutkiem. Jestem przekonany, że w przyszłości zaowocuje to w naszej pracy jeszcze lepszymi wynikami.

- Może uda się określić specyfikę i kategorie przestępstw, wyłącznie dla gminy Nurzec Stacja?

- Teren ten jest przede wszystkim zagrożony przestępczością kryminalną przeciw mieniu i zdrowiu. Wiążą się z tym kradzieże oraz kradzieże z włamaniem. Poza tym gmina Nurzec Stacja, jak również dwie pozostałe gminy, które obsługujemy, a więc Milejczyce i Mielnik, są w dużej mierze zalesione. Stąd wynika zagrożenie wyrębem i kradzieżą drzewa z lasu. I takie przestępstwa notujemy najczęściej.

- Blisko mamy granicę.

- Gminy przygraniczne mają to do siebie, że występuje zagrożenie popełniania przestępstw przez obcokrajowców. Z doświadczenia wiemy, że obcokrajowcy z reguły dopuszczają się przestępstw karno - skarbowych, a więc chodzi tu o przemyt i sprzedaż wyrobów akcyzowych - alkohol i papierosy. Ponadto, jak już zdarzało się, oni też dokonują włamań i kradzieży.

- W pewnym okresie plagą były kradzieże aluminiowych linii energetycznych. W dużym stopniu dotyczyło to również waszego terenu. Na początku tego roku policjanci z Nurca Stacji zanotowali w tym przypadku sukces.

- W zasadzie była to plaga takich kradzieży nie tylko u nas, lecz na terenie całego powiatu. Udało nam się ustalić sprawców kradzieży takich linii z naszego terenu. Okazało się, że złodzieje przyjeżdżali do nas z Czeremchy i kradli na terenie podległym nam, jak również w gminie Boćki i Czeremcha. Ustaliliśmy, że w ubiegłym roku trzech złodziei dokonało około 15 kradzieży takich linii. Skradzione aluminium mężczyźni ci sprzedawali dla mieszkańca Hajnówki, któremu postawiono zarzuty paserstwa umyślnego. W styczniu przekazaliśmy do prokuratury rejonowej w Bielsku Podlaskim akta sprawy z wnioskiem o wniesienie aktu oskarżenia do sądu przeciwko tym przestępcom. Była to dosyć skomplikowana sprawa, bo mężczyźni ci nie przyznawali się do tych przestępstw. Musieliśmy wykonać szereg czynności procesowych i pozaprocesowych, aby doprowadzić sprawę do końca i postawić im zarzuty.

- Dosyć spektakularny był pościg za złodziejami, którzy włamali się do stacji paliw w Milejczycach.

- To było w 2002 roku. Wprawdzie na miejscu złapaliśmy tylko jednego przestępcę, ale dzięki współpracy z oddziałem Straży Granicznej w Czeremsze, pozostałych zatrzymali funkcjonariusze tej jednostki. Dodam też, że mniej więcej w tym samym okresie zatrzymaliśmy, również na gorącym uczynku, obywateli Białorusi podczas włamania do domku letniskowego w Mielniku. W tym przypadku sprawę rozwiązaliśmy przy współpracy z funkcjonariuszami Straży Granicznej w Mielniku. Współpraca ze strażą graniczną z Mielnika i Czeremchy układa się bardzo dobrze. Często mamy wspólne służby, zarówno za dnia, jak i nocą. Jest właściwy przebieg i wymiana informacji. Z tej współpracy jestem zadowolony.

- Czy okoliczne społeczeństwo informuje policjantów o próbach naruszania prawa?

- Jeżeli chodzi o wykrycie sprawców kradzieży przewodów energetycznych, to mieliśmy informację od pracowników służby ochrony kolei.      Ogólnie docierają do nas od społeczeństwa różne informacje, również takie, które okazują się bardzo przydatne. Na przykład na podstawie takich sygnałów udało nam się ustalić osobę, która nielegalnie posiadała amunicję. Dodam, że na naszym terenie wystąpiły dwa przypadki, gdzie ktoś przechowywał amunicję, a nawet broń.

- W pewnym okresie na tych terenach dali o sobie znać oszuści oferujący sprzedaż obnośną lub akwizycyjną. 

- Tak. W ubiegłym roku zatrzymaliśmy pięcioosobową grupę mężczyzn dokonującą oszustw przy sprzedaży takiego sprzętu. Szajka ta oszukiwała na terenie całego województwa i nawet w siedleckim. Były to oszustwa na szkodę starszych osób. Sprawę prowadzą jeszcze policjanci z Hajnówki.

- Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych rozwiązanych spraw. CK, fot. CK


Dom Opieki Społecznej na Świetej Górze

W budynku byłej szkoły podstawowej w Grabarce, nieopodal Świętej Góry, powstał Prawosławny Dom Opieki Społecznej. We wtorek, 2 września, nowo adaptowany obiekt wyświęcił Metropolita Sawa. W uroczystościach uczestniczyli prawosławni duchowni, przedstawiciele zarządu województwa i samorządów lokalnych.

"Dar serca dla tych, którzy serca potrzebują"

- Każde dzieło rodzi się w bólach - mówił podczas uroczystości  Metropolita Sawa - I to dzieło, którym jest Dom Pomocy Społecznej, również rodziło się w bólach. Około pięć lat temu rozpoczęto starania, aby stworzyć tu miejsce dla ludzi potrzebujących pomocy. Dzięki życzliwości pani wójt gminy Nurzec Stacja otrzymaliśmy na ten cel obiekt. Został on adaptowany właśnie jako dom pomocy społecznej. Bo obowiązek okazywania pomocy drugiemu człowiekowi wynika z nauki ewangelii. Stąd musimy okazywać pomoc tym, którzy jej potrzebują. Dziękuję Bogu, że mimo początkowych trudności, mamy dzisiaj obiekt, który będzie spełniał ważną funkcję. 

Metropolita Sawa podkreślił również wkład ludzi pracujących przy powstawaniu tego miejsca. Pomimo, że dom nie funkcjonował, było widać działania w kierunku jego aktywności. - Mam nadzieję, że wkrótce będzie widać efekty waszej pracy - mówił - Wy, dar swego serca złożyliście w pełni dla tych, którzy tego serca potrzebują. Dziękuję i jestem pełen uznania dla władz samorządowych, głównie z gminy Nurzec Stacja, w tym pani wójt, Raisie Pachwicewicz, że podjęła śmiałą decyzję o przekazaniu budynku pod opiekę ośrodka miłosierdzia naszej cerkwi. Dzisiaj, pani wójt może być zadowolona ze swojej decyzji. Dziękuję również staroście Janowi Zalewskiemu, który w miarę swoich możliwości, też okazywał wsparcie. Dziękuję marszałkowi województwa podlaskiego, Wójtowi Gminy Mielnik Eugeniuszowi Wichowskiemu, dyrektorowi Andrzejowi Pieniążkowi, duchowieństwu, sponsorom oraz wszystkim innym, którzy pomogli w realizacji naszych planów.

- Mamy już listę chętnych, ale zgodnie z umową z władzami samorządowymi, w pierwszej kolejności będziemy przyjmować potrzebujących z terenu gminy Nurzec Stacja.  Niektórzy chętni do zamieszkania czekają już od dwóch lat - zapowiadał o. Ignacy, dyrektor Domu.

W budynku, w którym powstał Prawosławny Dom Pomocy Społecznej mieściła się szkoła. Obiekt stanowił mienie gminy Nurzec Stacja. Remont trwał cztery lata. Pieniądze na ten cel pochodziły z funduszu i datków od sponsorów. Modernizację wnętrza już zakończono. Trzeba jeszcze odnowić elewację i wyremontować dach. Na parterze wygospodarowano pokój dla osób niepełnosprawnych. Czynione są też starania o pomoc finansową ze strony PEFRON - u. Siostry mogą przyjąć 30 pensjonariuszy. Na parterze wygospodarowaliśmy pokój dla osób niepełnosprawnych i od dwóch lat staramy się o pomoc z PFRON, ale nie jesteśmy w stanie pokonać piętrzących się przeszkód formalnych - mówił o. Ignacy.

Ck/mm


Kapliczka w lesie

Kiedy przejeżdża się przez lasy pomiędzy Nurcem Stacją a wsią Augustynka, mija się zagubioną wśród drzew kapliczkę. Około 70 metrów od drogi jest w lesie przecinka, na końcu której stoi ów tajemniczy obiekt. Trochę zaniedbany, tajemniczy zabytek wymaga remontu. Cegły w niektórych miejscach już się sypią, drewniane drzwi wymagają fachowej ręki. Tylko pokrycie dachu wygląda na nowe. Obecność ludzi jednak jest widoczna. Wewnątrz znajdują się wota i religijne obrazki. Widać, że zaglądają tutaj wierni wyznania katolickiego i prawosławnego.

okazała kapliczka wśród lasów

Skąd wzięła się w tym miejscu kapliczka? Kto ją postawił? Dlaczego?

Spotkana koło Werpola starsza kobieta próbuje przypomnieć minione czasy.

Przed wojną niedaleko stąd był majątek , którego dziedziczce nie wiodło się. Krowy zdychały a zboże się nie rodziło. By odmienić swój los, postawiła kapliczkę w tej intencji , a w niej dwie figurki świętych: Heleny i Konstantego. Dziedziczce po postawieniu kapliczki gospodarstwo zaczęło iść dobrze. Ładnie tam było, był park, ławeczki obok. Około 1940 roku, jeden komunista z Siemichocz pościągał figurki z kapliczki i je porąbał. Długo jednak nie pożył, partyzantka posiekała go na drobne kawałki. A kapliczka po dziś dzień stoi, ludzie idą i modlą się, niosą różne ofiary. Wspólnie idą: i katolicy i prawosławni. Bo tak trzeba. Teraz słyszałam, że ma być wyremontowana. Co z dziedziczką? Wiem, że umarła. A i po majątku nie ma nic, ani domu, ani obory.

Pani pochodzi z tych stron? Zrobimy pani zdjęcie? - Zdjęcie? Co pan, jeszcze klisza pęknie. Tak , pochodzę stąd, z Siemichocz. Obecnie mieszkam w Sochaczewie, a teraz idę na cmentarz. Ale pamiętam trochę tamte czasy.

         - Dziękuję za rozmowę.         Jacek Piotrowski fot.jsw


Im bardziej chora, tym bardziej zdrowa (z 30.I.2003)

Pani Skorupkowa z mężem

Przepracowałam 20 lat w tartaku i teraz kiedy jestem bardzo chora mówią mi, że nic mi się nie należy. Renta nie należy się, zasiłek też nie, tylko kłaść się i umierać? - mówi Jadwiga Skorupko z Nurca Stacji. Zdaniem lekarzy jednak może pracować.

Mieszkać na Zaolziu.

Zaolzie to ulica w miejscowości Nurzec Stacja. Pomimo, że niedaleko jest kościół i cmentarz, to jak twierdzą napotkani mieszkańcy, zimą ulicy Zaolzie nikt nie odśnieża. Mieszkańcy posypują drogę popiołem z pieca. W dniu w którym przyjechaliśmy do państwa Jadwigi i Antoniego Skorupków panowała odwilż i ulica zamieniła się w lodowisko. Nawet zimowe opony nie radziły z tragiczną nawierzchnią. Mijana dużo wcześniej górka piasku sprawiała tylko dobre wrażenie. Cel naszej wizyty to mieszkanie państwa Skorupków.

Sprawna niesprawność

Jadwiga Skorupko może pracować - taki werdykt uzyskała od lekarzy orzeczników z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Siemiatyczach. To, co zastaliśmy przeczyło jednoznacznie wydanej decyzji. Pani Jadwiga porusza się z trudem, chodzi o kuli, nie może wykonywać wszystkich prac w domu. Mówi, że od 1998 roku ma astmę. Na co choruje? Podaję w brzmieniu łacińskim: Bronchitis chronica spastica exacerbata, Hepertonia arterialis, Obesitas, Cholelithiasis, Osteoporosis. Cała reklamówka leków potrzebna jest, aby walczyć z chorobą, bądź z chorobami. Musi je przyjmować żeby nie być jeszcze większym ciężarem dla rodziny, żeby o własnych siłach móc wyjść na zewnątrz domu do wychodka. Pani Jadwiga wcześniej miała II grupę i wówczas była chora. Obecnie, jak twierdzi z goryczą i łzami w oczach, choroba się nasila coraz częściej przebywa w szpitalach. PCPR wydał jednak decyzję, że jest od 1 sierpnia ubiegłego roku uznana za zdolną do pracy...

- Przecież to jakiś koszmar - mówi pani Jadwiga - im bardziej jestem chora, tym bardziej stanowczo lekarze orzecznicy twierdzą, że jestem zdrowa...

Jak utrzymać rodzinę?

To nie koniec problemów rodziny Skorupko. Głowa rodziny, pan Skorupko pracował w pobliskim tartaku.

- W międzyczasie zdarzyło mi się pójść na zwolnienie lekarskie ? mówi mąż pani Jadwigi W ?nagrodę? został zwolniony z pracy, gdyż nikt teraz chorego nie potrzebuje. W chwili obecnej, po tym jak skończyła się  kuroniówka, próbuję imać się prac dorywczych. Jednak w Nurcu Stacji coraz mniej jest nawet takich prac.

- Żyję tak naprawdę dzięki mojemu mężowi, kochanym dzieciom, pomocy Caritasu, kochanym siostrom z Domu Betania i od czasu do czasu Pomocy Społecznej- mówi Jadwiga Skorupko. - Moje dzieci wykonają każdą pracę, ale nikt nie chce ich zatrudnić. Latem zbierają grzyby, jagody wszystko na czym tylko mogą zarobić na chleb. Przepracowałam 20 lat w tartaku i teraz kiedy jestem bardzo chora mówią mi, że nic mi się nie należy. Renta nie należy się, zasiłek też nie, tylko kłaść się i umierać. Gdzie jest ta sprawiedliwość? Tyle zdrowych osób jest na rentach, a ja... (w tym momencie zapłakana kobieta nie może już dalej mówić).

Jak nas poinformowała kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Nurcu Stacji Bożena Szyszko - syn Antoniego i Jadwigi Skorupko, Mariusz posiada umiarkowany stopień niepełnosprawności od dzieciństwa, pobiera rentę socjalną w wysokości 418 złotych plus zasiłek pielęgnacyjny 136 złotych. Drugi syn - Krzysztof także ma trwale lekki stopień niepełnosprawności, był zatrudniony w zakładzie pracy chronionej zarabiając ok. 600 złotych. Obecnie jest na urlopie bezpłatnym. Trzeci syn - Marcin w listopadzie utracił prawo do zasiłku. Następnych dwoje dzieci Wojciech i Ewa uczą się w gimnazjum, córka posiada prawo do zasiłku pielęgnacyjnego. - Dostaliśmy 140 zł na podręczniki dla dzieci ? mówi mąż pani Jadwigi, ale jak można kupić książki dla dwojga za taką sumę? Ja poszedłbym do każdej pracy, byleby tylko można było cos zarobić. Gdzie jest ten raj demokracji, mam nadzieję, że znajdzie się ktoś z sercem i nam pomoże po tym artykule, jak nie to nie wiem ja żyć dalej...

Po dodaniu wszystkich sum, a więc, dodatków i zasiłków, według GOPS - u rodzina Skorupko otrzymuje obecnie sumę około 800 zł. Pytanie brzmi: Czy można utrzymać siedmioosobową rodzinę za niecałe 800 złotych miesięcznie?

- Bardzo dużo musimy wydać na leki- mówi pani Jadwiga, nie tylko moje, leki syna to 150 złotych, swoich już nie liczę. Gdzie szukać pomocy? W Siemiatyczach w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie nie, bo odsyłają nas z powrotem i twierdza, że jestem zdrowa, a przecież dwa tygodnie temu karetka wiozła mnie pod tlenem do szpitala. W Białymstoku, gdy złożyliśmy odwołanie od decyzji PCPR, to nikt nas nie wzywał. Lekarze orzecznicy tylko przejrzeli papiery i przysłali decyzję. Jak oni orzekają badają na odległość? Panowie żyć się nie chce, tyle mojej pracy dla Polski i teraz jestem sprowadzona do roli dziadówki.

Kto pomoże?

Życzliwość jest okazywana w pobliskim sklepie, choć tam, tak i jak w aptece są długi.

- W sklepie dostajemy chleb i masło na zeszyt dzięki dobremu sercu właściciela, w aptece też na zeszyt, ja chcę zapłacić ale skąd wziąć. Rzadzący dziadów z nas zrobili...

Rodzina Skorupko nie jest rodziną patologiczną, wszyscy wzajemnie się wspierają, walczą o przetrwanie. W domu skromnie, ale czysto, widać, że dbają o wszystko. Podczas rozmowy cały czas podkreślają, że chcą pracować, by zarabiać na swoje utrzymanie, wierzą, że wreszcie ktoś sprawiedliwym okiem spojrzy na chorobę pani Jadwigi.

- Zwracam się z prośbą do wszystkich ludzi ? mówi zapłakana Jadwiga Skorupko, - Proszę, pomóżcie mojej rodzinie, moim dzieciom.  (MM, JP)


Wichury

Powyrywane z korzeniami drzewa, połamane gałęzie, pozrywane przewody linii energetycznych, połamana dachówka ? to efekty kilkunastominutowej wichury, która przeszła nad przygranicznymi miejscowościami gminy Nurzec Stacja w niedzielne popołudnie 23 czerwca.

Siemichocze

Jeszcze przez kilka dni po przejściu wichury, tuż przy wjeździe do wsi Siemichocze widać było efekty żywiołu. Na poboczu drogi leżały gałęzie i grube konary drzew. We wsi, jednemu z mieszkańców powalone przez wiatr drzewo połamano płot. - Dobrze, że na chatę nie poleciało. Jeszcze by kogo zadusiło ? mówi poszkodowany mieszkaniec o potężnej topoli, która rosła obok jego domu.

Wiatr1.jpg (36454 bytes)

- Wyrwało prosto z korzeniami. Kto by spodziewał się. I kable na słupach porwało. U niektórych prąd był, a u innych dopiero po dwóch dniach światło połączyli ? dodaje mężczyzna. 

Litwinowicze

Tuż przed wsią Litwinowicze ogrom zniszczeń spowodowanych wichurą jest jeszcze większy.. - Świata nie było widać. Tak wiało ? mówi napotkany przez nas w Litwinowiczach mężczyzna ? Topole przy drodze to aż do samej ziemi uginały się. Kilka drzew połamało na pół, a inne z korzeniami powyrywało. I to jakie grube.

Jedziemy w kierunku Klukowicz. Na trasie od strony Litwinowicz wiatr zebrał chyba największe żniwo. Co kilkaset metrów na poboczu drogi leżą powalone z korzeniami potężne topole. Niektóre znajdują się jeszcze w całości, natomiast część z nich jest już pocięta na mniejsze kawałki, które mieszkańcy okolicznych wsi zabierają do swoich gospodarstw.

Klukowicze

Wjeżdżając do Klukowicz od strony Milejczyc, tuż na początku wsi nie sposób nie zauważyć złamanej potężnej wierzby, której górną część wiatr powalił na płot i sad jednego z mieszkańców.

- Nie wiem. co z tym będę robił ? mówi mężczyzna, na którego posesji rosła wierzba ? Sam tego sam nie porżnę. Będę dzwonił, niech przyjeżdżają i zabiorą..., a może z sąsiadami jakoś sobie poradzimy. - Burza był okropna. Wicher wiał niesamowity i grad wielkości kurzego jajka padał. Złamana gałąź uderzyła w okno mojego domu i szybę wybiła. A z dachu aż eternit zerwało. Taki był żywioł ? dodaje zrozpaczony mężczyzna.

Wólka Nurzecka

Część mieszkańców Wólki Nurzeckiej przez 2 dni nie miała prądu. Największa szkoda w tej wsi to powalona przez wichurę stodoła. Poza tym u kilku mieszkańców wiatr pozrywał z domów dachówkę. Wśród nich poszkodowaną jest 80 ? letnia kobieta. Z jej domu zerwało dachówkę z połowy jednej strony szczytu dachu. Zrozpaczona kobieta siedziała na schodach swego domu.  - Musiałam sąsiadów prosić, żeby pomogli... -  powiedziała.

Wiatr2.jpg (19980 bytes)

- To była siła. Aż pól chaty rozkryło. ? dodają pracujący na dachu mężczyźni ? A teraz trzeba pomóc. Oprócz nas nikt losem tej kobiety się nie zainteresuje. Udaliśmy się do Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Nurcu Stacji akcentując problem poszkodowanej w Wólce Nurzeckiej kobiety.

- Wprawdzie każdy emeryt przeważnie posiada źródło utrzymania przekraczające minimum, które kwalifikuje do otrzymania pomocy z naszego ośrodka, ale w tej wyjątkowej sytuacji, ze względu na spore straty materialne, możemy mówić o przyznaniu zasiłku specjalnego. Pojedziemy do tej pani na wywiad i wówczas okaże się, w jakim zakresie można będzie jej pomóc ? powiedziały panie pracujący w GOPS.

Nie wytrzymały nawet słupy

Wichura nie uszkodziła w poważny sposób linii energetycznych na terenie działania Posterunku Energetycznego z Siemiatycz. Tuż po jej przejściu prądu nie było na ulicy Wysokiej w Siemiatyczach i w kilku domostwach w najbliższej okolicy miasta. Awarie te usunięto w ciągu dwóch godzin. Natomiast we wsiach: Siemichocze, Klukowicze, Wólka Nurzecka i Litwiniowicze szkody usuwał Posterunek Energetyczny z Kleszczel, jednak niezbędna była pomoc pracowników Posterunku z Siemiatycz oraz brygady Eltoru. W tych miejscowościach skutki wichury, do których należały pozrywane linie oraz powywracane słupy, usuwano nawet przez dwa dni.

Pieniądze już wypłacone

W ciągu dwóch dni po zgłoszeniu szkód, PZU w Siemiatyczach wypłaciło poszkodowanym pieniądze z ubezpieczenia. Najwięcej poszkodowanych osób zgłosiło się z Klukowicz, Wólki Nurzeckiej i Nurca Stacji. Poza tym szkody likwidowano w Romanówce oraz w Krynkach Sobolich. Łącznie zlikwidowano 32, głównie drobne i częściowe szkody, z czego 22 pochodziły z obowiązkowego ubezpieczenia rolniczego, 10 z ubezpieczenia dowolnego. Najwyższa wartość wypłaconego przez PZU ubezpieczenia to 5 tys. zł. (CK, fot. jsw) 


Augustynka  - Potrzebna pomoc

Wieś Augustynka w gminie Nurzec Stacja, jak mało innych, rozsiana jest na obszarze kilku kilometrów. Sporą więc trudność sprawia nam trafienie do domu pani Krystyny A. Wszyscy się tutaj znają Idące drogą kobiety wskazują nam, którędy można dojechać do pani Krystyny.

Zabudowania które ujrzeliśmy po dotarciu na miejsce, od razu odzwierciedlały sytuację i możliwości domowników - niewielka, drewniana chatka i jeden budynek niewiadomego przeznaczenia. Oba budynki czasy świetności mają już za sobą. Na środku podwórka mała studzienka, obok kilka drzew, część z nich porąbana i pocięta. Gospodyni zaprasza nas do środka. Określenie: ubogo, nie odzwierciedla całej rzeczywistości.

Życie mnie nie rozpieszcza

Pani Krystyna jest bez pracy. Ma czworo dzieci, które od czerwca ubiegłego roku nie mają ojca. Mąż pani Krystyny zginął tragicznie. Pozostawiona bez środków dożycia rodzina musiała wegetować dalej.

- Nawet pogrzebowego nie dostałam - mówi pani Krystyna - Podobno nie należało się. Przez około pół roku po śmierci męża pukałam do różnych drzwi. Szukałam pomocy. Nie mogę powiedzieć, że jej nie otrzymałam. Z opieki zasiłki były, niewielkie - dwa razy po 70 zł, ale dobre i to. Na zimę 10 worków brykietu opałowego dostałam. I gmina też pomogła. A że życie mnie rozpieszcza, to co zrobić? Chłopcy rosną. Trzeba jakoś żyć dalej. Najmłodszy od września już do zerówki pójdzie.  

- Z czego obecnie pani utrzymuje się?

August2.jpg (9539 bytes)

- Dziękowałam Bogu, że dzieci rentę dostały. Na początku ZUS w Siemiatyczach poinformował, że dzieciom nic nie należy się. Jakby mąż jeszcze przez pół roku żył, to rentę dzieci dostałyby. Ale pomogli w ZUS -ie w Warszawie załatwić. Pod koniec listopada dostaliśmy decyzję o przyznaniu renty wyjątkowej. Niewielkie to pieniądze -  132 zł brutto na dziecko.

- Podobno posiada pani kawałek ziemi?

- Jest tego aż 5 hektarów, ale co z tym robić. Uprawiać nie opłaca się. W ogóle to z kim i czym to robić? Ustawa o zalesieniach wyszła, ale jeszcze wszystkie papiery na męża figurują. Jak uda się to wszystko pozałatwiać, to może pod zalesienie ziemia pójdzie. A może kupiec od razu się znajdzie. Tuz po śmierci męża chciałam na Opolszczyznę wyjechać, do swoich, bo żyć nie było z czego i nadal nie ma. Ale teraz postanowiłam, że tutaj zostanę.

4 i pół roku bez prądu

Pani Krystyna wspomina, że za czasów, kiedy mąż jeszcze żył, również było ciężko.

- Nie było czym za prąd płacić i zadłużenie narosło. Przez 4 i pół roku światła nie było. Ale trzeba było jakoś żyć. Dostałam trochę pieniędzy z opieki, to przewody kupiliśmy, a resztę już w ramach pomocy podłączyli.

Kiedyś w "Radiu dla Ciebie" była tzw. "Skrzynka pomocy". Zgłosiliśmy swoją trudną sytuację i otrzymałam pomoc - odzież, środki czystości.

Liczę na dalsze wsparcie, na przykład z ośrodka pomocy społecznej, chociaż i tam z finansami krucho. Dobrze, ze trzymam jeszcze jedna kozę, to dla chłopców mleko jest. To też dużo daje, bo jakby przyszło kupić po litrze mleka codziennie, to przez miesiąc naleci. Ale i 1 litr mleka dziennie na czterech chłopaków to za mało.

- A czy sąsiedzi nie odmawiali pomocy?

- Nie mogę na sąsiadów narzekać. Jak trzeba było, to zawsze pomogli. Drzewo na zimę przywieźli, i chłopców czymś poczestują, i dobry słowem pocieszą.

Dzieci przeżyły to najbardziej

Podczas naszej rozmowy do domu wrócili chłopcy ze szkoły. Od każdego z nich usłyszeliśmy "Dzień dobry".

- Brak ojca ciągle na nich odbija się. Najmłodszy przeżywa to najbardziej. Jak gdzieś pojadę załatwiać sprawy po urzędach i po kilku godzinach jeszcze nie wracam, to mówi: "Tata zginął, to i jeszcze mama ma zginąć?". To jest bardzo przejmujące. Stąd wzięły się wcześniejsze problemy w nauce. Jeden z chłopców powtarzał nawet piątą klasę, ale teraz nauczyciele już nie narzekają. Powoli chłopcy powinni dojść do siebie. Pomaga w tym również psycholog szkolny.

Tuż po stracie męża różne plotki dało się usłyszeć. Między innymi takie, że dzieci mi zabiorą. Ale nawet jak głodem będę przymierać, to i tak nie oddam. Żyję nadzieją, że jutro, pojutrze będzie lepiej. To pozwala mi przetrwać najtrudniejsze chwile.

- Czego potrzebuje pani najbardziej?

- Najbardziej to pościeli, ręczników. Przydałyby się też środki czystości. Nie sposób wybrzydzać, dlatego z wielką radością przyjmę wszystko. Jednak największym utrudnieniem jest brak lodówki. Nie posiadam jej i napewno w najbliższej przyszłości nie kupię, nawet takiej najmniejszej. Nie wiem nawet, czy mogę wziąć na raty na odcinek renty dzieci, ale mimo wszystko i tak byłby to za duży wydatek.

Zasiłki na bieżąco

Udaliśmy się do Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Nurcu Stacji.

- Z pomocy naszego ośrodka - mówią panie z GOPS - rodzina ta korzysta od listopada 1992 r. W miarę posiadanych środków obejmujemy ich różnymi formami wsparcia. Najczęściej są to zasiłki okresowe. Co roku przyznajemy zasiłek jednorazowy z przeznaczeniem na opał, żywność, odzież. Przez okres szkolny opłacamy dla dzieci zupę  w stołówce szkolnej. Drugie danie to pomoc sióstr z "Domu Betania". Poza tym przed rozpoczęciem każdego roku szkolnego przyznajemy środki na tzw. wyprawkę szkolną. Zdajemy sobie sprawę, że wartość pomocy z naszej strony z pewnością jest niewystarczająca, ale niestety, w dzisiejszych czasach takie mamy możliwości.    ( CK. Fot JSW)

Od redakcji: Opisywana ostatnio podobna, niezwykle tragiczna sytuacja rodzinna i materialna dotyczyła jednej z rodzin po pożarze domu. Dotknięta tragedią rodzina uzyskała m.in. i od naszych czytelników pomoc materialną i  rzeczową, co oczywiście nie musi być naszą zasługą. Ale apelujemy również o pomoc dla pani Krystyny. Może ktoś z naszych czytelników posiada niepotrzebną lodówkę lub inny sprzęt. Szczegółowych informacji może udzielić GOPS w Nurcu Stacji.


Strzały w Moszczonie

Dziwne, niecodzienne i przerażające - tak można skomentować zdarzenie, które miało miejsce w nocy z 1 na 2 lutego w Moszczonie Pańskiej. Wiesław Panieński - jeden z mieszkańców kolonii tej miejscowości zerwał się z łóżka w nocy obudzony wystrzałami z broni palnej. Strzały padły tuż obok jego gospodarstwa, w stronę zabudowań. Oto jego relacja:

- To było jakieś z pół godziny po północy. Usłyszałem dwa głośne wystrzały tuż obok zabudowań. Aż dzieci się pobudziły z płaczem i później spać nie mogły. Od razu nie wychodziłem z domu. A wiadomo, co by było? Dopiero po pewnym czasie wyszedłem. Usłyszałem wycie psa i przez głowę mi przemknęło, że ktoś do niego strzelał i trafił go. Pobiegłem w tamtą stronę. Moje przypuszczenia sprawdziły się. Biedak czołgał się w stronę domu. Wziąłem go na ręce i zaniosłem na podwórko. Pod światłem zauważyłem, że pies ma przestrzelone obie tylne łapy. Obie nogi zwierzęcia praktycznie bezwiednie wisiały. Rano, jak było już widno, na drodze zauważyłem duże plamy świeżej krwi.

Strzaly.jpg (17183 bytes)

- Kto mógł strzelać? Skąd i dlaczego?

- Policzyłem krokami odległość od miejsca, w którym leżał pies do mego domu - ok. 40 m. Następnie do pobliskiej krzyżówki, bo tam zauważyłem ślady samochodu. Wyraźnie widać było, że na skrzyżowaniu samochód się zatrzymał. Od tej krzyżówki do miejsca postrzału psa było ok. 125 m.

- Strzelano z tego skrzyżowania - pan Panieński pokazuje ślady kół. - Ze sztucera ze specjalnym celownikiem. Ponadto   kilkadziesiąt metrów dalej stał drugi samochód, prawdopodobnie oświetlający drogę, na której znajdował się pies. Były to samochody terenowe.

- Może pies stanowił zagrożenie dla okolicznych mieszkańców albo atakował zwierzynę?

- Ależ skąd! Przecież ten pies jest ślepy! Przybłąkał się do mnie przed zimą. Nie miałem sumienia go wywieźć czy wygonić. Nie stanowił dla nikogo żadnego zagrożenia. Nie wiem, dlaczego do niego strzelano. Teraz bardzo cierpi. Niestety, raczej nie wyliże się z tego.

- Czy zawiadomił pan policję?

- Oczywiście. Przecież strzelano do psa na moim podwórku! Opowiedziałem o całym zdarzeniu. Wskazałem odciśnięte ślady samochodów na polnej drodze. Dodałem też, że w okolicy mieszka osoba, która posiada myśliwską broń i może mieć z tym coś wspólnego.

Z relacji siemiatyckiej policji wynika, że w niedzielę 3 lutego powiadomiono o tym zdarzeniu dzielnicowego z Nurca Stacji. Dzielnicowy udał się na miejsce wskazane w zgłoszeniu. lecz nie zastał Wiesława P. - osoby, która powiadomiła policję. Mając dobre rozeznanie w okolicy i wśród mieszkańców, dzielnicowy udał się do brata Wiesława P. U niego uzyskał sporo wyczerpujących informacji o zaistniałym zdarzeniu. Następnie pojechał do Tołwina, do domu domniemanego sprawcy. Nie zastał nikogo. Sprawdził też miejsce, w którym stały samochody, ponieważ prawdopodobnie stamtąd oddano strzały. Nie znalazł łusek po myśliwskiej amunicji. Ponadto proszono go o dobicie z broni półżywego psa. Policjant odmówił, gdyż zabraniają tego przepisy i radził powiadomić weterynarza.

Jeżeli osobie, która strzelała, udowodnione zostanie to wykroczenie, poniesie ona określone konsekwencje. Artykuł 51 prawa łowieckiego m.in. mówi, że "kto strzela do zwierzyny w odległości mniejszej niż 100 m od zabudowań mieszkalnych, podlega karze grzywny."

Jak się dowiedzieliśmy, we czwartek 7 lutego psa uśpił weterynarz. Do sprawy wrócimy. )CK, fot. jsw)


Nurzec Stacja

Festyn w Domu "Betania"

Gandino.jpg (22290 bytes)

        Wakacje to szczególnie pracowity czas dla sióstr Urszulanek z Gandino, mających swoją siedzibę w Nurcu Stacji. Od początku wakacji przebywają tutaj dzieci z różnych grup kolonijnych. Niedawno zakończyły się kolonie Caritasu, a obecnie przebywa tam 148 dzieci z Nurca St.

       W ostatnią sobotę 21 lipca teren wokół "Betanii" szczególnie zatętniły życiem - odbywał się tam festyn dla kolonistów, oraz dla mieszkańców Nurca, pod hasłem: "Nie jesteś ciężarem - jesteś moim bratem".

Dzieci wystąpiły z przedstawieniem "Perła", a do tańca przygrywał duet - Jan Mazur i Marcin Mazur. Był konkurs "bingo" - loteria liczbowa z nagrodami, kiełbaski z grilla (firma Firlej), lody ("Marwil") oraz napoje. Pomysłodawczynią imprezy była s. Laura - przełożona nurzeckiego Domu.      /jerzy nowicki,  fot. jacek s. wasilewski/


Copyright © Agencja Informacyjna Głos sc

BACK